Piotr Markiewicz

Piotr Markiewicz

Nazywam się Piotr Markiewicz vel Piotr z Anglii - skończyłem 33 lata. Podróżuje, prowadzę dom i hodowlę krewetek ozdobnych z dwoma synami Bolkiem (2 lata) i Piotrem Juniorem (3 lata 5 miesięcy) - ogólnie prowadzimy trochę inny tryb życia niż nasi znajomi - uprawiam ogród, nie mam telewizora i trzymam się jak najdalej od standardów zachowań (w dobrym tego słowa znaczeniu) . Ukończyłem przemyską PWST na kierunku Politologia - specjalizacja Polityka Regionalna - licencjat. Aby być na bieżąco, zapraszam na mojego Facebooka Aby być na bieżąco zapraszam na stronę facebooka https://www.facebook.com/Z-w%C4%85sem-przez-%C5%9Bwiat-486200274872890/

Czytaj więcej: http://markiewicz.radiogdansk.pl/index.php/blogerzy/piotr-markiewicz

 

Nazywam się Piotr Markiewicz vel Piotr z Anglii - skończyłem 33 lata. Podróżuje, prowadzę dom i hodowlę krewetek ozdobnych z dwoma synami Bolkiem (2 lata) i Piotrem Juniorem (3 lata 5 miesięcy) - ogólnie prowadzimy trochę inny tryb życia niż nasi znajomi - uprawiam ogród, nie mam telewizora i trzymam się jak najdalej od standardów zachowań (w dobrym tego słowa znaczeniu) . Ukończyłem przemyską PWST na kierunku Politologia - specjalizacja Polityka Regionalna - licencjat.  Aby być na bieżąco, zapraszam na mojego Facebooka Aby być na bieżąco zapraszam na stronę facebooka https://www.facebook.com/Z-w%C4%85sem-przez-%C5%9Bwiat-486200274872890/

Czytaj więcej: http://markiewicz.radiogdansk.pl/index.php/blogerzy/piotr-markiewicz

Dziś jedziemy do jednej z Angielskich "Łodzi".
Nie bez kozery to porównanie - system dróg w Exeter sprawia wiele problemów za pierwszym razem, nawet doświadczonym kierowcom , zupełnie jak polska Łódź.
Zjeżdżamy z autostrady M5 zjazdem 29 - rondo wielopasmowe a linie nie prowadzą tak, jak powinny (zaufaj mi, jestem inżynierem - brzmi w uszach ironicznie).
Także jak przy pierwszej wizycie (moja 5 albo 6) się przejedziecie po nim dookoła raz, albo dwa,  to nie będzie wstyd a norma.
Dalej jest w miarę prosto, nie do końca w tego słowa znaczeniu - na kolejnym rondzie kierujemy się na drogę, u której wylotu figuruje stacja paliw (CPN po staremu). A potem jeszcze arteria niedaleko centrum - istne szaleństwo - ale bez szaleństwa nie ma zabawy. Co mogę doradzić - druk z mapek google - bo z GPSem w Exeter jest tak, że przejedziecie zjazd a miły głos oznajmi "za zero metrów skręć w prawo" - a tu nie ma gdzie skręcać.

Dziś jedziemy do jednej z Angielskich "Łodzi".
Nie bez kozery to porównanie - system dróg w Exeter sprawia wiele problemów za pierwszym razem, nawet doświadczonym kierowcom , zupełnie jak polska Łódź.
Zjeżdżamy z autostrady M5 zjazdem 29 - rondo wielopasmowe a linie nie prowadzą tak, jak powinny (zaufaj mi, jestem inżynierem - brzmi w uszach ironicznie).
Także jak przy pierwszej wizycie (moja 5 albo 6) się przejedziecie po nim dookoła raz, albo dwa,  to nie będzie wstyd a norma.
Dalej jest w miarę prosto, nie do końca w tego słowa znaczeniu - na kolejnym rondzie kierujemy się na drogę, u której wylotu figuruje stacja paliw (CPN po staremu). A potem jeszcze arteria niedaleko centrum - istne szaleństwo - ale bez szaleństwa nie ma zabawy. Co mogę doradzić - druk z mapek google - bo z GPSem w Exeter jest tak, że przejedziecie zjazd a miły głos oznajmi "za zero metrów skręć w prawo" - a tu nie ma gdzie skręcać.

Póki pogoda nie zacznie dopisywać, muszę "porcjować" materiał do wpisów - stąd takie przerwy. Mam nadzieję niedługo znów będę mógł was raczyć opowiadaniami z każdego weekendowego wypadu.
Dziś relacja "pod dachem" - z największego w Anglii i jednego z największych w Europie muzeum motoryzacji.
Mieści się ono kilkaset metrów od drogi A303 prowadzącej z Somerset do serca Londynu (zresztą chętnie z tej trasy korzystam) a oznakowania zjazdu nie pozwalają na pomyłkę.
W przeciwieństwie do Bovington - ten obiekt jest zdecydowanie bardziej nowoczesny i nawet na zewnątrz tryska "nowością".

Może, zanim pojedziemy do Wells, wyjaśnijmy pojęcie, które będzie nam towarzyszyć przy niejednym wpisie.
Tytułowe city.
Generalnie w Anglii większość miast jest nazywana "town" (są wyjątki - o czym zaraz) - jeśli "town" miało specyficzne uwarunkowania historyczno - strategiczno - religijne otrzymywało od monarchy status "city".
Co dawało takie nadanie miastu?? Właściwie, prócz prestiżu, nic. Do pewnego momentu najważniejszym warunkiem, aby otrzymać nadanie było posiadanie przez miasto katedry i siedziby diecezji kościoła anglikańskiego. Zmieniło się to dopiero w 1888 podczas nadawania statusu city Belfastowi, gdzie pominięto kryterium religijne. Ostatnie nadanie tego chlubnego statusu miało miejsce w 2012 roku podczas obchodów jubileuszu królowej Elżbiety II - otrzymały je miejscowości  Chelmsford, St Asaph oraz Perth - Perth po raz drugi (utracić status city też można - ale nie będę zanudzał tutaj historią Perth).

Tym razem będzie dużo krócej niż poprzednio, ale równie przyjemnie - tak myślę.

Każdy ma swoje miejsca, do których lubi wracać, gdzie mu się przyjemnie spędza czas - lub zwyczajnie do nich przywykł i o takim miejscu dziś wspomnę.
Somerset obfituje w wiele ciekawych miejsc stworzonych przez naturę - są i wzgórza, są kanały i zalewy, najgłębszy kanion w Anglii, przełomy rzek i mnóstwo ruin.

Najbliższa tego typu atrakcja to pasmo wzgórz Quantock, zlokalizowane w północno-centralnej części tego hrabstwa. Południowa granica w linii prostej zaczyna się 6 km na północny-zachód od mojego domu. Pasmo niewielkie, ale bardzo ciekawe - różne źródła podają od 21 do 32 km długości i 6 do 9 km szerokości - jak z każdymi granicami stworzonymi przez naturę ciężko stwierdzić, które dane tak naprawdę są właściwe.
Jest późne, przedburzowe, grudniowe popołudnie - dlaczego nie ranek czy południe??

Ostatnia część opisująca te wspaniałe 3 dni spędzone w Gdańsku.
Tutaj poznacie kilka osób, które wśród wielu innych tworzą atmosferę Radia Gdańsk, no i zobaczycie (może pierwszy raz) najważniejsze miejsca, w których realizuje się audycje, nagrania i koncerty.
Wróćmy do piątkowego, późnego popołudnia lub wczesnego wieczoru, gdzieś w okolicę Długiego Targu...
Porządnie najedzony zastanawiałem się jak spożytkować resztę dnia. Miałem przy sobie pewien mały przedmiocik przywieziony specjalnie dla jednego z redaktorów, który podobną przypinkę oddał 3 tygodnie temu na antenie innemu redaktorowi.
W Radiu Gdańsk istnieje wysokiej klasy koleżeństwo na linii prowadzący - słuchacze. I jeśli słuchacz lub redakcyjny kolega wspomnie na antenie, iż marzy o danym przedmiocie, jeżeli prośba może być spełniona - to praktycznie od ręki zmienia właściciela.

Jedna z największych katuszy na jakie mogę się skazać dobrowolnie, to lot samolotem...
Nienawidzę latać (choć lęk wysokości jakoś o sobie nie daje znać) z racji problemu z zatokami czołowymi.
Kiedy samolot startuje, a potem już podchodzi do końcowej fazy lądowania czuję, jak by ktoś pompował mi w głowie wielki balon, który napiera na każdy milimetr czaszki. Wrażenia niezatarte i kompletnie nieprzyjemne - a potem się czuję "wypluty" jeszcze przez kilka godzin po lądowaniu. Z drugiej strony trudno jechać autem na weekend do Polski - tyle samo spędziłbym za kółkiem co na miejscu, także wyjścia nie było.
W Bristolu rzucało żabami, ale mniej niż prognoza zakładała - perspektywa coraz mniejszych świateł tego wielkiego miasta jakoś poprawiała mi humor, i to coraz szybciej kiedy faktycznie zaczęły maleć.
Wschód słońca w samolocie to jeden z bezcennych widoków, szczególnie jeśli się go doświadcza, mając świadomość że kilka kilometrów pod tobą leje jak z cebra...

nd, 29 listopada 2015

Gdańsk (1/3) – prolog

Kiedy w lipcu kupowałem bilety na ten wyjazd miał to być zwykły urlop, jakim się raczę co pół roku - zwyczajny weekend z dala od pracy i codzienności. Nie przewidywałem, iż będzie to jedna z ciekawszych przygód w moim życiu, wyjazd intensywny i wypełniony po brzegi zajęciami.
A - mały skrót myślowy, którego będę używał w poniższym wpisie - można się domyślić, ale po co?? RG - oczywiście Radio Gdańsk.
W momencie rezerwacji miejsc na lot nawet nie miałem jeszcze bloga (gdziekolwiek), choć marzyłem by być osobiście w radiu, od którego jestem uzależniony (każdemu życzę takich słabości).
Czas pokazał, że marzenia są po to, by je realizować - jak się okazało, szybciej niż bym tego sobie życzył.

nd, 15 listopada 2015

Szwajcaria - epilog

Pisze i kasuje, i znów ten sam cykl.
Nie miałem jeszcze okazji publikować tak obszernej serii (w jakiejkolwiek formie) - więc zakończenie, to powinna być wisienka na torcie - czy będzie sami ocenicie, ale mistrzem posumowań nie jestem. Myślę, że będzie to bardziej materiał informacyjno - uzupełniający to, czego nie dopisałem wcześniej lub zahaczyłem pobieżnie.

Na początku dedykacja dla dwóch Pań...
Pierwsza z Pań, której dedykuje ten tekst to moja Mama, która była na tej zaporze z nami - dzięki Skype.
To ona była moim pierwszym animatorem wypraw, odbytych za dziecka po bezkresach Bieszczad, Dolnego Śląska i wielu miast Polskich - to dzięki niej poznałem smak podróży (tata też dzielnie nas woził w wybrane miejsca) i zakochałem się w tej formie spędzania czasu. Gdyby nie Mama pewnie i nie byłoby takich wpisów - bo właśnie Ona dbała o kulturę słowa i zamiłowanie do książek.

Druga z pań to "mój" Dobry Duszek (tak sobie po swojemu nazwałem) z radia Gdańsk - Beata Szewczyk, która już od początku doceniła moje pióro i fotografię. Niesamowicie ciepła osoba, która prowadzi wiele audycji, w tym w soboty "Nie śpij, zwiedzaj z radiem Gdańsk". Właśnie w tej audycji, dzięki Skype, miałem przyjemność uczestniczyć i opowiedzieć tak o Szwajcarii jak o opisywanym tu Cleuson (przepraszam Beatko, iż tak długo kazałem czekać na ten "pocztówkowy turkus", żebyś zobaczyła dlaczego, to właśnie moje "ach" tej wyprawy).
Mając tak dwie wspaniałe osoby w roli kibiców nie było możliwości, żebym się poddał czy zwyczajnie nie skończył tematu - ba!!! 21 listopada o godzinie 10 czasu Polskiego znów będę gościł na antenie - ale tym razem opowiem troszkę o Anglii, w której osiadłem.


Strona 1 of 3